Wczoraj odbyły sie pierwsze zajęcia kursu dla niemowląt na nowym lokalnym basenie Muszelka. Wsród uczestników zajęć znalazł się... Staś Opach! Wiekowo był gdzieś pośrodku grupy, ponieważ były dzieci mniejsze, ale też takie siedzące czy stawiające pierwsze kroki.
Zajęcia rozpoczęły się od włożenia pielucho-majteczek do pływania (wyglądają uroczo) i spaceru po basenie dla oswojenia się z nim. Staś nie bał się, ale był bardzo uważny i zachowawczy - poważny, rozglądał się, trzymał blisko taty... A potem - na komendę pani instruktorki - do wody! I Staś z tatą i pozostałymi uczestnikami wkroczyli do wody. Natomiast drugie połówki rodziców - mamusie i tatusiowie (w zależności od tego kto był w wodzie) krążyli dookoła basenu z kamerami, aparatami albo po prostu przejęci obserwowali co ich pociechy wyprawiają w wodzie ;-)) Ja oczywiście należałam do tej grupy właśnie ;-))
Wracając do Stasia w wodzie - tu nastąpiło wielkie zdziwienie wyrażone badawczym przyglądaniem się tafli wody z bliska. I powolutku - z każdym kolejnym zadawanym ćwiczeniem - coraz większa radość z pluskania się w wielkiej niecce wody ;-)) Jak na razie ćwiczenia wykonywane na pleckach nie przypadły mu do gustu - nie protestował, ale był trochę spięty. Za to wszelkie podskoki, polewanie się wodą ze słoników-podlewaczek, łapanie zabawek, zanurzanie głowy taty pod wodą, pływanie na brzuszku, wynurzenia i zanurzenia - super zabawa! A najfajniejsze było to co sam odkrył - uderzanie rączkami w taflę wody - czyli pospolite pryskanie wodą - był zachwycony! No a na koniec było wspólne kółeczko uczestników dużych i małych i gremialny okrzyk (na razie w wykonaniu rodziców ;-) - dowidzenia! I zbieranie zabawek pływających po wodzie i dostarczenie ich do miski. No i wyjście do szatni. Tu był mało przyjemny moment, którego np. mama nie znosi - zimnoooo... Ale Staś opatulony ręcznikami robił dobra minę do złej gry - z drżącą dolną szczęką poddał się zabiegom w szatni.
Jeszcze w drodze powrotnej padł jak mucha, a w domu, przebrany w piżamkę, słodko zasnął...
A ja tam byłam, wszystko widziałam i zachowałam na fotkach ;-))
Następne zajęcia - za tydzień.
Dla zainteresowanych szczegółami kursu: www.akademiaruchu.eu
czwartek, 13 września 2007
poniedziałek, 10 września 2007
7-miesięczny bilans
Tak, Staś skończył już 7 miesięcy... Akurat zbiegło sie to z wizytą u lekarza, więc mamy świeże dane ;):
- waga - 8,5 kg
- wzrost ;) - ok. 70 cm
- zęby - widoczne 2 na dole, na górze wg doktora też wychodzą
- ruchliwość - turlanie, pełzanie, raczkowanie, opieranie się o poduszki, podciąganie do siadania
- jedzenie - wszystko co dostanie, aczkolwiek grudki nadal "gryzą" w dziąsła ;)
- humor - rewelacyjny
- zasypianie - nadal z pomocą klepania, najszybciej przy piosence "Laleczka" M. Jeżowskiej
- spanie nocne - niestety godzina 4-5 to krzyk, trudny do uspokojenia. Wygląda to na jakieś lęki?
- towarzyskość - ogrooomna, szczególnie wobec innych dzieci
- spacery - nadal w gondoli, ale wystepuje czasem zniecierpliwienie. Była juz premiera spaceru w spacerówce, ale jeszcze troszkę pojeździmy gondolką.
A ogólnie rzecz biorąc - Staś jest super ;-)))
środa, 5 września 2007
Zombie!
Dzisiaj rano Staś - jak zwykle ostatnio - szalał na sofie. Dosłownie - przewala się w każdą stronę, zupełnie nie zważając na to, że sofa ma określoną powierzchnię i że często zbliża się do jej krawędzi... i jak zwykle z lubością włożył sobie mój palec do buzi, by go pogryźć bezzębnymi dziąsłami. Zaraz... bezzębnymi... a co tu takie ostre? Zajrzałam do szczęki, a tu na dole widać 2 wyrzynające się kreseczki, które są już na wierzchu, bo tną!
Tak więc - mamy 2 zęby! I to na dzień przed 7 miesięcznicą!
Wiąże sie to z niemałym "marudem" Stasia - dzisiaj usypiałam go 3 razy, na przemian płakał i śmiał się... Ech, "cypisek"...
Idziemy dzisiaj na szczepienie i przy okazji - ważenie ;-))
A w dodatku z rana dowiedzialam się, że koleżanka, która od 3 lat stara sie z mężem o dziecko - jest w ciąży!!! No dzień dobrych wiadomości! Oby zrobił się z tego tydzień, albo i miesiąc ;)
Tak więc - mamy 2 zęby! I to na dzień przed 7 miesięcznicą!
Wiąże sie to z niemałym "marudem" Stasia - dzisiaj usypiałam go 3 razy, na przemian płakał i śmiał się... Ech, "cypisek"...
Idziemy dzisiaj na szczepienie i przy okazji - ważenie ;-))
A w dodatku z rana dowiedzialam się, że koleżanka, która od 3 lat stara sie z mężem o dziecko - jest w ciąży!!! No dzień dobrych wiadomości! Oby zrobił się z tego tydzień, albo i miesiąc ;)
czwartek, 23 sierpnia 2007
Gimnastyka Smyka
Staś od wczoraj wyczynia takie wygibasy, że trudno nadążyć ;-)) Obraca się z brzucha na plecki, z plecków na brzuch i tak cały czas. Czyli... turla się!
A jak jest na brzuszku to wyprostowuje nogi i staje na samych palcach i tak posuwa się do przodu ;-)) Wygląda to śmiesznie. Albo leżąc na brzuszku bierze coś w jedną rączkę i podnosi do góry balansując na drugiej ręce i boku... Jak ma dobrą motywację - np. zabawka albo komputer mamy - to zasuwa swoim sposobem do przodu, by to zdobyć, choć nie jest to jeszcze prawdziwe raczkowanie ;-)
Musieliśmy obniżyć mu juzż łóżeczko, bo leżąc na brzuchu łapał obiema rączkami górnej poziomej belki! ;-o
Coraz bardziej zwinny jest nasz synuś ;-)))
A jak leży na macie, to wydaje się ona już za mała, bo co chwilę ląduje na podłodze albo na włochatym dywanie. A będąc na tym pierwszym, najbardziej lubi lizać podłogę...
ech... jeszcze tyle nowości nas czeka...
A jak jest na brzuszku to wyprostowuje nogi i staje na samych palcach i tak posuwa się do przodu ;-)) Wygląda to śmiesznie. Albo leżąc na brzuszku bierze coś w jedną rączkę i podnosi do góry balansując na drugiej ręce i boku... Jak ma dobrą motywację - np. zabawka albo komputer mamy - to zasuwa swoim sposobem do przodu, by to zdobyć, choć nie jest to jeszcze prawdziwe raczkowanie ;-)
Musieliśmy obniżyć mu juzż łóżeczko, bo leżąc na brzuchu łapał obiema rączkami górnej poziomej belki! ;-o
Coraz bardziej zwinny jest nasz synuś ;-)))
A jak leży na macie, to wydaje się ona już za mała, bo co chwilę ląduje na podłodze albo na włochatym dywanie. A będąc na tym pierwszym, najbardziej lubi lizać podłogę...
ech... jeszcze tyle nowości nas czeka...
środa, 22 sierpnia 2007
Refleksje pierworódki
Staś jest naszym pierwszym dzieckiem. Będąc w ciąży przeczytałam wiele poradników, książek o ciąży i macierzyństwie, obejrzałam kilka filmów "instruktażowych", czasopism, uczestniczyłam w szkole rodzenia, itp...
A jednak żadne z powyższych źródeł nie uświadomiło mi w realnym stopniu co czeka mnie po porodzie... A myślę tu głównie o wielkiej zmianie życiowej połączonej z burzą hormonów - czytaj: babyblues, mini deprecha, dół... jak zwał, tak zwał...
Ale teraz, po pół roku, wiem, że w gruncie rzeczy nie da się nikogo na to przygotować a co więcej - nie każda kobieta to przechodzi.
A co może sie zdarzyć - oprócz radości z małej kruszynki?
- strach - objawiający się tym, że gdy tylko mąż wychodził ze szpitala to uderzałam w płacz, nie potrafiłam byc sama, panicznie bałam sie samotnej nocy i marzyłam o tym, by wyjść ze szpitala
- obawy czy sobie poradzę (ale to chyba dotyczy każdej mamy ;-)
- zmęczenie
- olbrzymia płaczliwość
- gdy mąż wrócił do pracy - panicznie bałam się być sama z dzieckiem w domu, liczyłam minuty do jego powrotu
- poczucie, że zabrano mi moje życie, że już nigdy nie będzie jak dawniej, że nie będę w stanie nic w domu zrobić, np. ugotować obiadu
- inna twarz - dziwny grymas na twarzy, którego nie dało sie zmienić...
To trwało niecały miesiąc.
A potem.... wszystko zniknęło! Pomoc męża, mamy i teściow oraz siostry oraz "wymuszona" samodzielność - poskutkowaly ;-) No i pewnie po prostu hormony sie uspokoiły. Gdy zostawałam ze Stasiem sama, zaczęłam wychodzić na spacery - powoli wszystko minęło. I po miesiącu - wszystko zniknęło i pojawiła się prawdziwa radość z macierzyństwa! Gdy poznałam się ze Stasiem, nauczyliśmy się siebie nawzajem - wszystko się unormowało! I nie mam poczucia straty, potrafię wszystko w domu zrobić, nasze życie towarzyskie tylko minimalnie uległo pewnym ograniczeniom, itp...
Piszę o tym, ponieważ kazda kobieta w ciąży musi sobie uświadomić co MOŻE ją czekać tuż po porodzie i że to minie. I powinno się o tym mowić, bo początki macierzyństwa to niekoniecznie milość od pierwszego wejrzenia, szczęście i rozanielenie... Jeśli kobiety, które to przeżyły, nie przyznają się do tego (nie wiem czemu?) to krzywdzą inne kobiety... Początek macierzyństwa to ogromne przeżycie, prawdziwa szkoła życia - jedna z najmądrzejszych i najwartościowszych dla mnie dotychczas. Ale jednocześnie - trudna...
Ale warto... ;-)
A jednak żadne z powyższych źródeł nie uświadomiło mi w realnym stopniu co czeka mnie po porodzie... A myślę tu głównie o wielkiej zmianie życiowej połączonej z burzą hormonów - czytaj: babyblues, mini deprecha, dół... jak zwał, tak zwał...
Ale teraz, po pół roku, wiem, że w gruncie rzeczy nie da się nikogo na to przygotować a co więcej - nie każda kobieta to przechodzi.
A co może sie zdarzyć - oprócz radości z małej kruszynki?
- strach - objawiający się tym, że gdy tylko mąż wychodził ze szpitala to uderzałam w płacz, nie potrafiłam byc sama, panicznie bałam sie samotnej nocy i marzyłam o tym, by wyjść ze szpitala
- obawy czy sobie poradzę (ale to chyba dotyczy każdej mamy ;-)
- zmęczenie
- olbrzymia płaczliwość
- gdy mąż wrócił do pracy - panicznie bałam się być sama z dzieckiem w domu, liczyłam minuty do jego powrotu
- poczucie, że zabrano mi moje życie, że już nigdy nie będzie jak dawniej, że nie będę w stanie nic w domu zrobić, np. ugotować obiadu
- inna twarz - dziwny grymas na twarzy, którego nie dało sie zmienić...
To trwało niecały miesiąc.
A potem.... wszystko zniknęło! Pomoc męża, mamy i teściow oraz siostry oraz "wymuszona" samodzielność - poskutkowaly ;-) No i pewnie po prostu hormony sie uspokoiły. Gdy zostawałam ze Stasiem sama, zaczęłam wychodzić na spacery - powoli wszystko minęło. I po miesiącu - wszystko zniknęło i pojawiła się prawdziwa radość z macierzyństwa! Gdy poznałam się ze Stasiem, nauczyliśmy się siebie nawzajem - wszystko się unormowało! I nie mam poczucia straty, potrafię wszystko w domu zrobić, nasze życie towarzyskie tylko minimalnie uległo pewnym ograniczeniom, itp...
Piszę o tym, ponieważ kazda kobieta w ciąży musi sobie uświadomić co MOŻE ją czekać tuż po porodzie i że to minie. I powinno się o tym mowić, bo początki macierzyństwa to niekoniecznie milość od pierwszego wejrzenia, szczęście i rozanielenie... Jeśli kobiety, które to przeżyły, nie przyznają się do tego (nie wiem czemu?) to krzywdzą inne kobiety... Początek macierzyństwa to ogromne przeżycie, prawdziwa szkoła życia - jedna z najmądrzejszych i najwartościowszych dla mnie dotychczas. Ale jednocześnie - trudna...
Ale warto... ;-)
piątek, 10 sierpnia 2007
Macierzyństwo -> miękkie serce
Zanim zostałam matka zaliczałam siebie do raczej "twardych" charakterów - rzadko się wzruszałam a już łzy pojawiały się jak naprawdę coś mnie dobiło. W czasie ciąży i już po porodzie zauważyłam, że nawet bardzo dziwne informacje/sytuacje mnie rozczulają... Zarówno złe jak i dobre. Bo jak słyszę o czyjejś krzywdzie to oczy robią się mokre. Ale jak słyszę, że ktoś komuś bezinteresowanie pomógł, uratował życie, zrobił przyjemność - też mnie w gardle ściska i łza się toczy po policzku... A jestem pewna, że to zmieniło się wraz z nastaniem macierzyństwa. Magiczny jest ten stan... rozmiękcza serca, wzmaga empatię?... ;-)))
czwartek, 9 sierpnia 2007
Żarełko
Staś rozpoczyna nowy etap w jedzeniu: wczoraj dotarło do nas nowe krzesełko do karmienia!
Posadzony w nowym przybytku jakby zdziwił się - co tak wysoko (dotychczas byl sadzany tylko w leżaczku, jakieś 20cm od podłogi) a potem z ochota włożył sobie do buzi szelki ;-)
A co do samego jedzonka to jak na razie je wszystko, nawet super śmierdzące brokuły (z czego oni je robią???), ale w ilościach umiarkowanych - rzadko zje cały słoik naraz. Bardzo lubi owocki, szczególnie banany. Wczoraj dalam mu spróbować kawałeczek prawdziwego banana - był w szoku, że ma w buzi jedzenie ale w postaci jakiegś kawałka a nie papki czy płynu ;-))) Czyli jesteśmy jeszcze na początku drogi kulinarnej nauki...
Ciekawe czy na wysokościach krzesełka przyjdzie mu większy apetyt na słoiczkowe danka.
No i teraz juz będzie mógł swoim staruszkom zaglądać do talerza!
Posadzony w nowym przybytku jakby zdziwił się - co tak wysoko (dotychczas byl sadzany tylko w leżaczku, jakieś 20cm od podłogi) a potem z ochota włożył sobie do buzi szelki ;-)
A co do samego jedzonka to jak na razie je wszystko, nawet super śmierdzące brokuły (z czego oni je robią???), ale w ilościach umiarkowanych - rzadko zje cały słoik naraz. Bardzo lubi owocki, szczególnie banany. Wczoraj dalam mu spróbować kawałeczek prawdziwego banana - był w szoku, że ma w buzi jedzenie ale w postaci jakiegś kawałka a nie papki czy płynu ;-))) Czyli jesteśmy jeszcze na początku drogi kulinarnej nauki...
Ciekawe czy na wysokościach krzesełka przyjdzie mu większy apetyt na słoiczkowe danka.
No i teraz juz będzie mógł swoim staruszkom zaglądać do talerza!
wtorek, 7 sierpnia 2007
Dziecko
Staś "mówi"coraz więcej ;-) Jego mowa polega na tym, że chcąc nas chyba nasladować otwiera usta i robi "rybkę" a po chwili zaczyna wymawiac sylaby "bufff" "bwww" i wypuszcza przy tym bańki sliny. Jest to przekomiczne ;-) Szczególnie na gadanie zbiera mu sie podczas przewijania, kiedy leży sobie w łazience wpatrzony w lampę i tak sobie gada i gada.
Dzisiaj dałam mu po raz pierwszy do zabawy świnkę jeżdżącą na kółkach (jako, że skończył pół roku a świnka jest dla takich właśnie dzieci przeznaczona ;-). Puszczałam ją do niego a on szalał na brzuszku. Śmiał się w głos, i "delikatnie" raczkował, czyli stawał na czworaka i bujał się na raczkach i nóżkach przód-tył, przód-tył... Czyli chyba zaniedługo żegnaj spokojny dniu - witaj pilnowanie raczkującego po calym domu kurczaczka ;-)))
Leżeliśmy sobie dziś na naszym łóżku, Staś przytulał się i chciał mnie "zjeść" ;-) Przyciaga się do mojej twarzy, ma rozdziawioną buzię i usiłuje mnie polizać. Przecudne uczucie, taka namiastka przytulania - on jeszcze nie potrafi sie przytulić, ale czuję jakby właśnie to robił...
Bardzo go kocham...
Dzisiaj dałam mu po raz pierwszy do zabawy świnkę jeżdżącą na kółkach (jako, że skończył pół roku a świnka jest dla takich właśnie dzieci przeznaczona ;-). Puszczałam ją do niego a on szalał na brzuszku. Śmiał się w głos, i "delikatnie" raczkował, czyli stawał na czworaka i bujał się na raczkach i nóżkach przód-tył, przód-tył... Czyli chyba zaniedługo żegnaj spokojny dniu - witaj pilnowanie raczkującego po calym domu kurczaczka ;-)))
Leżeliśmy sobie dziś na naszym łóżku, Staś przytulał się i chciał mnie "zjeść" ;-) Przyciaga się do mojej twarzy, ma rozdziawioną buzię i usiłuje mnie polizać. Przecudne uczucie, taka namiastka przytulania - on jeszcze nie potrafi sie przytulić, ale czuję jakby właśnie to robił...
Bardzo go kocham...
poniedziałek, 6 sierpnia 2007
Półrocze!
Dzisiaj Staś kończy pół roku!!! Dzięki dzieciom wiemy jak czas szybko leci... Dokładnie pamietam dzień, w którym się urodził i wszystkie następne... I już 6 miesięcy minęło...
Bilans półroczniaka Stasia:
Waga ok. 8kg, wzrost jakieś 70 cm
coraz bujniejsze włosy ;-)
milion różnych uśmiechów
gaworzenie, przebojem jest sylaba "ba-, buff-" itp
uwielbia śpiewanie mu piosenek i wygłupy
ślini sie mocno, zębów brak
rwie się do siadania
je wszystko*
No i... wczoraj przespał całą noc od 22 do 6:40!!!! Bez przerwy na jedzonko!!! Brawo Stasiu - oby tak dalej!
I nieskromnie, ale prawdziwie przyznam, że jest ulubieńcem wszystkich cioć i wujków ;-)) I z wzajemnością ;-)))
*wszystko co dla dzieci w jego wieku ;-)
Bilans półroczniaka Stasia:
Waga ok. 8kg, wzrost jakieś 70 cm
coraz bujniejsze włosy ;-)
milion różnych uśmiechów
gaworzenie, przebojem jest sylaba "ba-, buff-" itp
uwielbia śpiewanie mu piosenek i wygłupy
ślini sie mocno, zębów brak
rwie się do siadania
je wszystko*
No i... wczoraj przespał całą noc od 22 do 6:40!!!! Bez przerwy na jedzonko!!! Brawo Stasiu - oby tak dalej!
I nieskromnie, ale prawdziwie przyznam, że jest ulubieńcem wszystkich cioć i wujków ;-)) I z wzajemnością ;-)))
*wszystko co dla dzieci w jego wieku ;-)
piątek, 3 sierpnia 2007
Tzw. kultura
Dzisiaj spotkałam w windzie sąsiada z ok. dwuletnimi bliźniakami. Mineli mnie bez słowa. Ale doszło do mnie co tata powiedział synom: "Nie mówimy pani 'dzień dobry' bo nie znamy pani, ani pani nie zna nas".... ;-o... tak otworzyłam usta ze zdziwienia... To teraz rozumiem dlaczego cała rzesza ludzi nie mowi dzień dobry swoim sąsiadom. I żyjemy jak obcy ludzie pod jednym dachem (no bo w bloku).. A jak tu się poznać skoro nawet słowa "dzień dobry" czy "dobrywieczór" do siebie nie mówimy? Hm... łatwiej udzielać się anonimowo na osiedlowym forum. Tam można kogoś pochwalić, ale też obrzucić błotem.. Ech, gdzie te czasy gdy znało sie prawie wszystkich sasiadów z klatki?...
Subskrybuj:
Posty (Atom)