czwartek, 25 czerwca 2009

Z cyklu - Staś powiedział...

Stas śpiewa piosenkę "sibon, sibon, sialalalala..." ale w wersji wlasnej ze slowami "kibon, kibon, sialalalala".
Tata pyta: To chyba mialo być "sibon, sibon?"
A Staś: Nie, ja śpiewam o kibonie
;)))))

sobota, 20 czerwca 2009

Staś na ślubie

 
Stas mial zaszczyt uczestniczyc w zaslubinach cioci Moniki i wujka Lukasza. Jak na okazje przystalo, byl ubrany w koszule i marynarke a w raczce maly bukiecik dla panny mlodej.
Podczas mszy trudno mu bylo wysiedziec i raz ciszej raz glosniej gadal, glownie "O Boze", a jak Tata go wzial na zewnatrz to pytal glosno "Gdzie idziemy?". W tym momencie para mloda sie rozluznila i usmiechnela ;)
Byl oszolomiony iloscia ludzi i tlumem, oraz panna mloda ;) Jak para mloda wyszla z kosciola i zostala obsypana grosikami, ryzem i platkami kwiatow, Stas podszedl odwaznie i wreczyl pannie mlodej bukiet, wraz z buziakiem.
Pozniej dzielnie przekazal tez prezent, przy skladaniu zyczen. A po wszystkim pojechal z Dziadkiem do domu a Rodzice na weselicho!
Posted by Picasa

wtorek, 16 czerwca 2009

Z cyklu - Staś powiedzial...

Szliśmy sobie na spacer i nagle Staś chciał na rączki. Tata zaproponował "Może chcesz na barana?" Staś zgodził się.
Wskoczył tacie na barana, idziemy dalej a Staś uradowany mówi "Siedzę na baranie"
;)))))))

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Wycieczka na Lubelszczyznę

 

Wybralimy się na Lubelszczyznę. Sta już kilka dni przed wyjazdem był podekscytowany slowem - jedziemy na wycieczkę. Najpierw Lublin - troszkę spaceru po starym miescie, pyyszny żurek na placu litewskim, potem jeszcze pyszniejsze obiecane lody!
Potem odwiedziny wujków i kolejne atrakcje - Stas zobaczył kury, koguty, zbieral jajka kurom, karmił kroliki, widzial krowy na łące... Wcinał truskawki prosto z krzaczka.. A potem grill u wujka Pawła i cioci Madzi - a tam szaleństwa z Julką i Jasiem. Najpierw domowe (Stas pomalowal cioci cianę kredkami - o zgrozo!) a potem poszlimy na dwor i wszystkie chłopaki z Julka rozegrali mecz. Stas byl wniebowzięty - biegal za pilka, szalal i nie zwazalna to, ze jest prawie o polowe mniejszy od pozostalych zawodnikow ;)
A pozniej wyjazd do "Ireny", czyli jeziorko, konie, zagroda z dzikami i pieeekne okolicznosci przyrody.
Specjalnie dla Stasia bylo ognisko oraz plywanie rowerem wodnym. Stas po raz pierwszy w zyciu!
Z poczatku kilka razy padalo, wiec w piasku byla wielka dziura z woda. Stas niestety nie mial kaloszy, wiec nie mogl wchodzic, ale...wytrzymal z godzine. Potem ujrzalam go stojacego centralnie w bajorku w polbutach ;) Ale tata szybko wysuszyl buty na grillu i bylo dobrze ;)))
Bardzo fajny wyjazd wakacyjny ;)
Posted by Picasa

środa, 3 czerwca 2009

Pierwsze rozstania

Zuzia odeszła!
Zorientowani w temacie domyślą się, że chodzi o Zuzię z Klubiku, ulubioną koleżankę Stasia (zwaną przez niektórych - jego pierwszą miłością). Zuzia wyjechała już na wakacje, a od września idzie do przedszkola, więc rozstała się z Klubikiem na zawsze.
Staś czasem wspomina Zuzię, rano mówi, że Zuzia będzie w klubiku a popołudniu mówi z żalem "Nie ma Zuzi"... Ech, a ile jeszcze takich rozstań przed Stasiem...

poniedziałek, 1 czerwca 2009

Dzień Dziecka

Bardzo miły dzień - dla mnie za równo gdy ja byłam podmiotem, ale też i teraz - gdy sama składam życzenia swojemu dziecku.
Staś w klubiku miał atrakcje - nowe dekoracje ścian w jadalni oraz upominek od Klubiku.
A w domu czekały na niego piłka, slipki z Myszką Miki (na zachętę do rezygnacji z pampersów) ;), gra w przeciwieństwa, smakołyk i żabka do kąpieli. Najbardziej spodobała się piłka i żabka - od razu chciał iść się kąpać ;)

sobota, 30 maja 2009

Drugi Piknik na ZZ!

30 maja bawiliśmy się na drugim rodzinnym pikniku na osiedlu, z okazji Dnia Dziecka.
Tutaj szczegółowy opis: KLIKNIJ

wtorek, 26 maja 2009

Dzień Mamy

Dopiero gdy sama jestem mamą doceniam w pełni ten dzień... Wokoło wszyscy celebrują to święto, w radiu, TV, prasie - wszędzie życzenia dla mam, mamusiek... A mój syn w tym roku własnoręcznie wręczył mi prezent i zaśpiewał fragment Sto lat a to wszystko zwieńczył buziakiem ;)
W Klubiku dzieci razem z ciociami przygotowały własnoręcznie robione bransoletki. I do tego kartka z życzeniami z osobistym podpisem Stasia. Piękne, bardzo wzruszające.
Staś teraz ciągle sam chce nosić swoją bransoletkę ;)))

A wczoraj podszedł do mnie, przytulił się i powiedział "Kocham Cię mamo" ;))) Bardzo mi zmokły oczy i serce puchło z dumy...

poniedziałek, 11 maja 2009

Tatralandia

W niedzielę obudziliśmy się o 6, chwile pogadaliśmy z połową składu domku i znów pospaliśmy. Ok. 9, po śniadanku poszliśmy do aquaparku. Wielki kompleks basenów termalnych, kilkudziesięciu zjeżdżalni i innych atrakcji. Zajęliśmy grupowo leżaki i ruszyliśmy na zjeżdżalnie, korzystając z tego, że wczesna pora i mało ludzi. Na pierwszy ogień poszły zjeżdżalnie pod dachem, z pontonami 2osobowymi. Tornado - zjeżdżalnia połączona z ogromnym lejkiem zasysającym ponton do otworu, za każdym razem w innej pozycji. I dwie inne zjeżdżalnie pontonowe, zakręcone jak sprężyna. Chwila odpoczynku, piwko, pogaduchy i baseny termalne. Nikt nie wszedł do tego z wodą o temperaturze 38 stopni (!), poprzestaliśmy na 32st. Potem zjeżdżanie na brzuchu na materacach, wyścigi 3 osobowe ;) Tu można było się nieco poobijać, zwłaszcza przy ślizgu na wodę. Potem Adrenalina Zone - czarna rura, która z początku wszystkich przerażała a na koniec wszyscy szaleli na niej, drąc się co niemiara ku ogólnej uciesze reszty, bowiem wrzaski zjeżdżającego delikwenta słychać była i na górze i na dole ;) W konkurencji na oryginalne odgłosy wygrał Tomek - styl "porodowy" ;))
Potem zaliczyłyśmy z dziewczynami masaż gorącymi kamieniami i poszliśmy na obiad. Tuz przed knajpą padł taki grzmot, że prawie wpadłyśmy do środka. Obiad zjedliśmy więc w trakcie ogromnej burzy i ulewy. A potem po serdecznych pożegnaniach z ekipą kraśnicką wyruszyliśmy w 3 auta do domu. Podróż powrotna była o wiele bardziej świadoma, bo też i atrakcyjna trasa, przystanki co 15 min na 3 stacjach - każdy kierowca miał "swoją markę", na której tankował ;) Już na autostradzie krakowskiej jeden pojazd odpadł bo zakręcili się na objeździe i tak kluczyli, że 5 razy przekraczali bramki opłat na autostradzie ;) A my o 24, zgodnie z planami byliśmy w domu i zasnęliśmy jak dzieci...

Rafting



Miniony weekend był jedną wielką adrenaliną - rafting na słowackiej Beli.
Dziękujemy pięknie Babci Irenie, która spędziła weekend w Warszawie ze Stasiem, a my już w piątek wieczorem wyruszyliśmy z Mirkiem i Balbiną, którzy zadbali o wypasiony prowiant na naszą 6godzinną podróż ;). Cała trasę świadomie przejechał tylko kierowca, bo reszta momentami spała. W sobotę o 4.30 zobaczyliśmy Tatralandię - cel podróży. Natychmiast udaliśmy się na spoczynek, moszcząc się wygodnie w Fordzie. O 7 poszliśmy budzić resztę ekipy, która balowała na miejscu już od piątku. Byli niewiele więcej wyspani niż my ;) Kiedy dołączyła do nas ekipa z Kraśnika - wyjechaliśmy w kierunku Beli. Na miejscu zaczęła się przygoda - przebieranie w pianki, łyczek cytrynówki na odwagę, instruktaż raftingu, rozgrzewka i do wody! Nasz ponton liczył 7 osób, z których tylko Tomek był doświadczony+ratownik. Szkolenie wzbudziło w nas wątpliwości i uśmiechami nadrabialiśmy strach w oczach.. W głowach mieliśmy wbite - w żadnym wypadku nie wypuszczać wiosła w rąk i unikać wypadnięcia za burtę. Spływ był megaprzeżyciem. Jako jedna z najlżejszych ;)) siedziałam na przedzie - najlepsze miejsce pod wzgledem wrażeń, szczególnie podczas wpłynięcia na wiry, a najgorsze pod względem pracy. Po drodze zaliczyliśmy kilka mielizn - wychodzenie do wody i przepychanie pontonu, straciliśmy wiosło (ale przepływający kajak nam je uratował), kilka o malo co wypadnięć za burtę, natarcie na ponton innej ekipy - z lekka przejechaliśmy im wiosłami po kaskach ;), wyprzedziliśmy jeden ponton i startując na 3 pozycji ukończyliśmy spływ jako 2 ekipa! Drugi spływ odbyliśmy w zmniejszonej ekipie - 2 osoby od nas już nie podjęły wyzwania, dzięki czemu mamy foty na wodzie ;) A na koniec ratownicy zachęcili nas do splywu wplaw ostatnim odcinkiem trasy, łącznie z wodospadem. Krótkie szkolenie i po kolei kładziemy się na wodę. Miało być lekko, nogi do przodu, wodospad i nurt wyrzuci nas na brzeg. A tu prąd pcha, obraca na wszystkie strony, woda zalewa twarz, krztusi, kaszlę, znów woda zalewa, z dna wystają większe głazy o które uderzam tyłkiem, piszczelem trafiam na kamień, wpad do wodospadu i dalej... Modlę się, żeby ktoś mnie wyciągnął bo sama nie dam rady potężnemu nurtowi.. I nagle widzę rozstawionych ratowników wyławiających za ręce rozbitków... Uff...chwyciłam mocno męską dłoń i już nie puściłam... Na brzegu łydki trzęsły mi się jeszcze długo.. Patrzyłam na pozostałych rozbitków wyławianych z wody.. Większość miała śmierć w oczach.. Przy tym rafting to była pestka.. Wracamy poobijani do aut i w drogę - do Tatralandii, do domków. Po drodze zaliczamy nieprzyjemną kontrolę słowackich oszustów (policji), zaliczając jeden mandat wracamy zaopatrzeni w piwko i grillowe przysmaki. Na miejscu wymiana wrażeń, opowieści, suszenie majtek, biustonoszy, butów... I obiadek - czeski syr ;), a potem relax, grill i impreza... Nie wiem jak podsumować to jednym słowem, ale było to przeżycie dodające wielkiego mocnego kopa ;) A nazajutrz szaleństwa w aquaparku, ale o tym już w innym poście ;)