poniedziałek, 11 maja 2009

Rafting



Miniony weekend był jedną wielką adrenaliną - rafting na słowackiej Beli.
Dziękujemy pięknie Babci Irenie, która spędziła weekend w Warszawie ze Stasiem, a my już w piątek wieczorem wyruszyliśmy z Mirkiem i Balbiną, którzy zadbali o wypasiony prowiant na naszą 6godzinną podróż ;). Cała trasę świadomie przejechał tylko kierowca, bo reszta momentami spała. W sobotę o 4.30 zobaczyliśmy Tatralandię - cel podróży. Natychmiast udaliśmy się na spoczynek, moszcząc się wygodnie w Fordzie. O 7 poszliśmy budzić resztę ekipy, która balowała na miejscu już od piątku. Byli niewiele więcej wyspani niż my ;) Kiedy dołączyła do nas ekipa z Kraśnika - wyjechaliśmy w kierunku Beli. Na miejscu zaczęła się przygoda - przebieranie w pianki, łyczek cytrynówki na odwagę, instruktaż raftingu, rozgrzewka i do wody! Nasz ponton liczył 7 osób, z których tylko Tomek był doświadczony+ratownik. Szkolenie wzbudziło w nas wątpliwości i uśmiechami nadrabialiśmy strach w oczach.. W głowach mieliśmy wbite - w żadnym wypadku nie wypuszczać wiosła w rąk i unikać wypadnięcia za burtę. Spływ był megaprzeżyciem. Jako jedna z najlżejszych ;)) siedziałam na przedzie - najlepsze miejsce pod wzgledem wrażeń, szczególnie podczas wpłynięcia na wiry, a najgorsze pod względem pracy. Po drodze zaliczyliśmy kilka mielizn - wychodzenie do wody i przepychanie pontonu, straciliśmy wiosło (ale przepływający kajak nam je uratował), kilka o malo co wypadnięć za burtę, natarcie na ponton innej ekipy - z lekka przejechaliśmy im wiosłami po kaskach ;), wyprzedziliśmy jeden ponton i startując na 3 pozycji ukończyliśmy spływ jako 2 ekipa! Drugi spływ odbyliśmy w zmniejszonej ekipie - 2 osoby od nas już nie podjęły wyzwania, dzięki czemu mamy foty na wodzie ;) A na koniec ratownicy zachęcili nas do splywu wplaw ostatnim odcinkiem trasy, łącznie z wodospadem. Krótkie szkolenie i po kolei kładziemy się na wodę. Miało być lekko, nogi do przodu, wodospad i nurt wyrzuci nas na brzeg. A tu prąd pcha, obraca na wszystkie strony, woda zalewa twarz, krztusi, kaszlę, znów woda zalewa, z dna wystają większe głazy o które uderzam tyłkiem, piszczelem trafiam na kamień, wpad do wodospadu i dalej... Modlę się, żeby ktoś mnie wyciągnął bo sama nie dam rady potężnemu nurtowi.. I nagle widzę rozstawionych ratowników wyławiających za ręce rozbitków... Uff...chwyciłam mocno męską dłoń i już nie puściłam... Na brzegu łydki trzęsły mi się jeszcze długo.. Patrzyłam na pozostałych rozbitków wyławianych z wody.. Większość miała śmierć w oczach.. Przy tym rafting to była pestka.. Wracamy poobijani do aut i w drogę - do Tatralandii, do domków. Po drodze zaliczamy nieprzyjemną kontrolę słowackich oszustów (policji), zaliczając jeden mandat wracamy zaopatrzeni w piwko i grillowe przysmaki. Na miejscu wymiana wrażeń, opowieści, suszenie majtek, biustonoszy, butów... I obiadek - czeski syr ;), a potem relax, grill i impreza... Nie wiem jak podsumować to jednym słowem, ale było to przeżycie dodające wielkiego mocnego kopa ;) A nazajutrz szaleństwa w aquaparku, ale o tym już w innym poście ;)

Brak komentarzy: