poniedziałek, 1 czerwca 2009

Dzień Dziecka

Bardzo miły dzień - dla mnie za równo gdy ja byłam podmiotem, ale też i teraz - gdy sama składam życzenia swojemu dziecku.
Staś w klubiku miał atrakcje - nowe dekoracje ścian w jadalni oraz upominek od Klubiku.
A w domu czekały na niego piłka, slipki z Myszką Miki (na zachętę do rezygnacji z pampersów) ;), gra w przeciwieństwa, smakołyk i żabka do kąpieli. Najbardziej spodobała się piłka i żabka - od razu chciał iść się kąpać ;)

sobota, 30 maja 2009

Drugi Piknik na ZZ!

30 maja bawiliśmy się na drugim rodzinnym pikniku na osiedlu, z okazji Dnia Dziecka.
Tutaj szczegółowy opis: KLIKNIJ

wtorek, 26 maja 2009

Dzień Mamy

Dopiero gdy sama jestem mamą doceniam w pełni ten dzień... Wokoło wszyscy celebrują to święto, w radiu, TV, prasie - wszędzie życzenia dla mam, mamusiek... A mój syn w tym roku własnoręcznie wręczył mi prezent i zaśpiewał fragment Sto lat a to wszystko zwieńczył buziakiem ;)
W Klubiku dzieci razem z ciociami przygotowały własnoręcznie robione bransoletki. I do tego kartka z życzeniami z osobistym podpisem Stasia. Piękne, bardzo wzruszające.
Staś teraz ciągle sam chce nosić swoją bransoletkę ;)))

A wczoraj podszedł do mnie, przytulił się i powiedział "Kocham Cię mamo" ;))) Bardzo mi zmokły oczy i serce puchło z dumy...

poniedziałek, 11 maja 2009

Tatralandia

W niedzielę obudziliśmy się o 6, chwile pogadaliśmy z połową składu domku i znów pospaliśmy. Ok. 9, po śniadanku poszliśmy do aquaparku. Wielki kompleks basenów termalnych, kilkudziesięciu zjeżdżalni i innych atrakcji. Zajęliśmy grupowo leżaki i ruszyliśmy na zjeżdżalnie, korzystając z tego, że wczesna pora i mało ludzi. Na pierwszy ogień poszły zjeżdżalnie pod dachem, z pontonami 2osobowymi. Tornado - zjeżdżalnia połączona z ogromnym lejkiem zasysającym ponton do otworu, za każdym razem w innej pozycji. I dwie inne zjeżdżalnie pontonowe, zakręcone jak sprężyna. Chwila odpoczynku, piwko, pogaduchy i baseny termalne. Nikt nie wszedł do tego z wodą o temperaturze 38 stopni (!), poprzestaliśmy na 32st. Potem zjeżdżanie na brzuchu na materacach, wyścigi 3 osobowe ;) Tu można było się nieco poobijać, zwłaszcza przy ślizgu na wodę. Potem Adrenalina Zone - czarna rura, która z początku wszystkich przerażała a na koniec wszyscy szaleli na niej, drąc się co niemiara ku ogólnej uciesze reszty, bowiem wrzaski zjeżdżającego delikwenta słychać była i na górze i na dole ;) W konkurencji na oryginalne odgłosy wygrał Tomek - styl "porodowy" ;))
Potem zaliczyłyśmy z dziewczynami masaż gorącymi kamieniami i poszliśmy na obiad. Tuz przed knajpą padł taki grzmot, że prawie wpadłyśmy do środka. Obiad zjedliśmy więc w trakcie ogromnej burzy i ulewy. A potem po serdecznych pożegnaniach z ekipą kraśnicką wyruszyliśmy w 3 auta do domu. Podróż powrotna była o wiele bardziej świadoma, bo też i atrakcyjna trasa, przystanki co 15 min na 3 stacjach - każdy kierowca miał "swoją markę", na której tankował ;) Już na autostradzie krakowskiej jeden pojazd odpadł bo zakręcili się na objeździe i tak kluczyli, że 5 razy przekraczali bramki opłat na autostradzie ;) A my o 24, zgodnie z planami byliśmy w domu i zasnęliśmy jak dzieci...

Rafting



Miniony weekend był jedną wielką adrenaliną - rafting na słowackiej Beli.
Dziękujemy pięknie Babci Irenie, która spędziła weekend w Warszawie ze Stasiem, a my już w piątek wieczorem wyruszyliśmy z Mirkiem i Balbiną, którzy zadbali o wypasiony prowiant na naszą 6godzinną podróż ;). Cała trasę świadomie przejechał tylko kierowca, bo reszta momentami spała. W sobotę o 4.30 zobaczyliśmy Tatralandię - cel podróży. Natychmiast udaliśmy się na spoczynek, moszcząc się wygodnie w Fordzie. O 7 poszliśmy budzić resztę ekipy, która balowała na miejscu już od piątku. Byli niewiele więcej wyspani niż my ;) Kiedy dołączyła do nas ekipa z Kraśnika - wyjechaliśmy w kierunku Beli. Na miejscu zaczęła się przygoda - przebieranie w pianki, łyczek cytrynówki na odwagę, instruktaż raftingu, rozgrzewka i do wody! Nasz ponton liczył 7 osób, z których tylko Tomek był doświadczony+ratownik. Szkolenie wzbudziło w nas wątpliwości i uśmiechami nadrabialiśmy strach w oczach.. W głowach mieliśmy wbite - w żadnym wypadku nie wypuszczać wiosła w rąk i unikać wypadnięcia za burtę. Spływ był megaprzeżyciem. Jako jedna z najlżejszych ;)) siedziałam na przedzie - najlepsze miejsce pod wzgledem wrażeń, szczególnie podczas wpłynięcia na wiry, a najgorsze pod względem pracy. Po drodze zaliczyliśmy kilka mielizn - wychodzenie do wody i przepychanie pontonu, straciliśmy wiosło (ale przepływający kajak nam je uratował), kilka o malo co wypadnięć za burtę, natarcie na ponton innej ekipy - z lekka przejechaliśmy im wiosłami po kaskach ;), wyprzedziliśmy jeden ponton i startując na 3 pozycji ukończyliśmy spływ jako 2 ekipa! Drugi spływ odbyliśmy w zmniejszonej ekipie - 2 osoby od nas już nie podjęły wyzwania, dzięki czemu mamy foty na wodzie ;) A na koniec ratownicy zachęcili nas do splywu wplaw ostatnim odcinkiem trasy, łącznie z wodospadem. Krótkie szkolenie i po kolei kładziemy się na wodę. Miało być lekko, nogi do przodu, wodospad i nurt wyrzuci nas na brzeg. A tu prąd pcha, obraca na wszystkie strony, woda zalewa twarz, krztusi, kaszlę, znów woda zalewa, z dna wystają większe głazy o które uderzam tyłkiem, piszczelem trafiam na kamień, wpad do wodospadu i dalej... Modlę się, żeby ktoś mnie wyciągnął bo sama nie dam rady potężnemu nurtowi.. I nagle widzę rozstawionych ratowników wyławiających za ręce rozbitków... Uff...chwyciłam mocno męską dłoń i już nie puściłam... Na brzegu łydki trzęsły mi się jeszcze długo.. Patrzyłam na pozostałych rozbitków wyławianych z wody.. Większość miała śmierć w oczach.. Przy tym rafting to była pestka.. Wracamy poobijani do aut i w drogę - do Tatralandii, do domków. Po drodze zaliczamy nieprzyjemną kontrolę słowackich oszustów (policji), zaliczając jeden mandat wracamy zaopatrzeni w piwko i grillowe przysmaki. Na miejscu wymiana wrażeń, opowieści, suszenie majtek, biustonoszy, butów... I obiadek - czeski syr ;), a potem relax, grill i impreza... Nie wiem jak podsumować to jednym słowem, ale było to przeżycie dodające wielkiego mocnego kopa ;) A nazajutrz szaleństwa w aquaparku, ale o tym już w innym poście ;)

poniedziałek, 4 maja 2009

Staś śpiewa

Z początkiem maja 2009 Staś zaczął śpiewać ;)) Czasem jest to fragment piosenki, ze słowami a czasem tylko nucenie ;)

wtorek, 28 kwietnia 2009

Wyjazd do Kraśnika


W czasie wakacji mogliśmy też nareszcie skorzystać z zaproszenia do Kraśnika. Po przyjeździe spędziliśmy chwile na pogaduchach z Anią i Tomkiem a potem pyszny obiadek w Pawłowym zajeździe. Dziczyzna - palce lizać! Najedzeni pojechaliśmy do Ireny (tak, to nazwa miejscowości), gdzie Pawły pokazali nam swoje zachwycające ranczo. Byliśmy oczarowani miejscem i sposobem zagospodarowania. Tam zrobiliśmy ognisko, a dołączył do nas m.in. najbardziej blokerski ksiądz jakiego znam ;)) Kiełbaski, żarty, rozmowy i lokalne piwko...znad morza ;)) A po powrocie do domu, panowie kontynuowali imprezę rozpijając Tomkową cytrynówkę ;) Nawet Paweł, który już spał w aucie obudził się i dołączył do nas. Na koniec panowie popalili cygar i impreza się zakończyła a my pojechaliśmy na odpoczynek. Rano, Tomek obudził się w kiepskiej formie (mieszkanka wybuchowa zadziałała), śniadanko i zachęcani przez Gospodarzy uzyskaliśmy zgodę Dziadków na pozostanie na jeszcze jeden dzień. A dzięki temu udało nam się zwiedzić podziemia Sandomierza, zjeść tosty w Małej Cafe, uczestniczyć w przymiarce sukni ślubnej Ani, pogadać z dziewczynami wracając do Kraśnika;), usłyszeć od pana w CB Radio podryw;), zjeść pyyyszną zupę warzywną Ani, poszaleć na quadach, no i poczuć klimat i zjeść ziemniaka w cegielni! Oj działo się... A rankiem, po śniadaniu grzecznie wyruszyliśmy do domu... Wyjazd był fantastyczny. A przed nami rafting w tym samym towarzystwie ;))

piątek, 24 kwietnia 2009

Wiosenne spotkania IPLOwiczek i ich rodzin


Od Wielkanocy do majówki mieliśmy wakacje. Spędzone bardzo aktywnie, wiele spotkań, dużo wrażeń... Główną bazą była działka dziadka Janka. Tam spotkaliśmy się z dawno niewidzianymi znajomymi z czasów licealnych i ich dziećmi. Najpierw impreza na działce - gorąco, dzieci szybko się rozebrały i biegały na golasa. Milenka, Max i Staś - szalały na zjeżdżalni, w baseniku, na rowerku, w wózku drabiniastym... A rodzice piknikowali ;) Później rewizyta w Woszczycach - schemat podobny, choć wieczorową porą więc już bez negliżu. W dodatku impreza miała zakończyć się wieczorem i wszyscy mieliśmy się rozjechać do domów. Jak zrobiło się chłodniej, przeszliśmy do domu gospodarzy. Tam panowie poszli grać w lotki do garażu a mamuśki z dziećmi gadały na pięterku. Staś zrobił kupę, więc umyliśmy pupę a on ani myśli wychodzić z wanny, bo chce się kapać. I taki oczarowany mówi do mnie "Mama, jaka czysta wanna!" ;) Dziękuję Ci synu... No i wpakował się do wanny za ogromna aprobatą cioci Justyny. max widząc co się dzieje - podążył za Stasiem. Na co ciocia Justyna powiedziała "To gdzie będziecie jechać na noc, jak dzieci już wykapane". I poszła obwieścić to chłopakom na dół. Ci z początku oponowali, potem złorzeczyli, że mogłyśmy wcześniej się zdecydować bo oni siedzą tyle godzin o suchym pysku ;))) I zaczęli nadrabiać ;)) Jak dzieci posnęły, my też zeszłyśmy do garażu, doszła babcia Usia, muzyczka z auta i impreza się rozkręciła. Aż ok. 1 obudziła się Milenka i Max i zakończyliśmy boje, idąc grzecznie spać ;)))

czwartek, 23 kwietnia 2009

Eskapada do Wrocławia


W trakcie wakacji mieliśmy tez okazję do wycieczek tylko we dwoje, dzięki Dziadkom, którzy zostawali ze Stasiem na Śląsku.
Pierwszy wyjazd był do Wrocławia - do Pauli. Po przyjeździe Paula akurat wróciła z pracy (jest "naczelnym koniuszym" ;)), wykąpała się (co było wskazane ze względu na piękny zapach koński) i ruszyliśmy na miasto. Tam zaczęliśmy od kawiarni, potem pyyyszne sałatki i winko w barze na starówce, spacer po starówce, seans w kinie Warszawa (!) z okazji Festiwalu Kina Niezależnego, któremu poświęcę kilka słów z osobna. Potem przebieranko w domu i wyjście na miasto z młodzieżą ;) Pojechaliśmy do klubu Włodkowica 21, gdzie spotkaliśmy się z Olgą i Pawłami - znajomi Pauli ze studiów. Pogaduchy i kilka Paulanerków poszło ;) Potem oczywiście kebab na mieście, podejście do klubu z tańcami, nieudane jednak. Zniesmaczeni stwierdziliśmy, że to nie dla nas i ruszyliśmy do domu. Następnego dnia niestety Paula znów w pracy, a my we dwoje na starówce. Był plan by zostać do wieczora, ale w wyniku różnych splotów okoliczności, wyjechaliśmy ok. 13. Wielkie dzięki Paula za gościnę i atrakcje! Wrócimy jeszcze!

niedziela, 12 kwietnia 2009

Święta Wielkanocne

Święta spędziliśmy u Babci Grażyny. Była też Ciocia Paula i Dziadek Janusz. Podczas śniadania wielkanocnego towarzyszyła nam sąsiadka Babci, pisarka, pani Maria. Zajączek przyniósł Stasiowi słodkie prezenty, których szukał w różnych zakamarkach. A oprócz tego aparat foto, mega klocki, mebelki.
Poszliśmy na długi wiosenny spacer, Staś oczywiście dzielnie cały czas szedł na nóżkach. Byliśmy na rozlewiskach, pojechaliśmy do koników polskich, do zajazdu, w którym Staś widział kozę, oglądał roślinki, bawił się w piaskownicy i zjeżdżalni. W poniedziałek wielkanocny pojechaliśmy na obiad do Dworu Dobarz a tam oglądał rybki w małym stawie i szalał ;)
Niestety, nagły i uporczywy kaszel zmusił nas do powrotu do domu o dzień wcześniej, ale jeszcze wrócimy Babciu!