Dzisiaj Stasiowi stuknęło 8 miesięcy... A ja jak dziś pamiętam ten dzień 6 lutego...a raczej noc... 5 lutego przyjęli mnie do szpitala bo minął termin porodu. I parę godzin spędziłam na sali oddziału patologii ciąży z kilkoma miłymi dziewczynami, które zmieniały się co chwila, bo zaczynały rodzić i przychodziły następne...Aż przyszedł czas na mnie. Po kilku ktg, które wykazały niezłe skurcze (a ja myślałam, że to ruchy Stasia ;)), po koniecznych ablucjach typu lewatywa itp. zabrano mnie na blok przedporodowy. Przyszedł Tomek i tak sobie siedzieliśmy w małej salce. Miałam cały czas ktg i nawadnianie dożylne. I tak sobie rozmawialiśmy, starając się nie zwracać uwagi na dobiegające nas odgłosy porodów naturalnych z sąsiednich sal... Brrr... Po jakimś czasie do naszej małej salki dokoptowano nam kolejną kandydatkę do porodu, która miała czekać na skurcze, bo wody już odeszły.
No i nadszedł nasz czas - przyszła pani anestezjolog - złoty człowiek - przedstawiła się, zaproponowała formę znieczulenia. I po północy przyszła po mnie położna i poczłapałam z cewnikiem na salę operacyjną, uprzednio dając całusa mężowi ;-)
Na sali operacyjnej dostałam znieczulenie i urodził się Staś. Lekarze śmiali się, bo zanim wyciągnęli go to już coś tam gadał jeszcze w brzuchu ;-)) Pokazali mi go na sekundkę i zabrali do kącika noworodka na różne czynności pielęgnacyjno-badawcze. I tam Stasiowi towarzyszył tata. I to tata pierwszy dostał Stasia na ręce, juz ubranego i zawiniętego w rożek. Tata wspomina, że jak go położył na kolanach to Staś badawczo patrzył się i kręcił główką. Aż nasza położna był zdziwiona tym, że Staś - jak to zwykle noworodki czynią - nie śpi!
Taki ciekawski i zafascynowany światem pozostaje do dzisiaj ;-))
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz