wtorek, 6 lutego 2007

Przyszedł na świat...


Termin porodu był na 4 lutego 2007.
5 lutego poszłam z Tomkiem do szpitala bródnowskiego na ktg (bo juz było po terminie). Ale pani dr na izbie przyjęć powiedziała, że powoli coś tam się dzieje i że jesem po terminie - przyjmują mnie na patologie ciąży. A w mojej głowie kołatało się - jak to, już, teraz? Przecież ja nie czuję żadnych skurczów, nic!! A pani dr powiedziala, że ja juz nie wyjdę ze szpitala, ubrali mnie w szpitalną koszulę i siostra zaprowadziła na salę. A Tomek poleciał do domu po walizkę ;) Co chwile robiono mi ktg, wieczorem też. Przyszedł Tomek, poszłam na stołówkę na kolację. Jem, a tu biegnie pani dr i krzyczy - Czemu pani je? My chcemy panią dzisiaj ciąć! Proszę na badanie! No i okazało się, że niepotrzebnie jadłam i musiałam 6 godzin odczekać. Tomek był ze mną, przygotowano mnie. Przemiła siostra powiedziała co mnie czeka, zabrała mnie na golenie nowiutką golarką i... lewatywę. Nie jest to najprzyjemniejsze doznanie, ale też daleko jej do horroru jakim jest określana. I po tym wszystkim poszłam na blok porodowy. Tam leżałam w sali przedoperacyjne, zacewnikowana, gadałam sobie z mężem. Czekałam, aż anestezjolog będzie wolny, bo było mnóstwo porodów. Śmialiśmy się, że jeszcze kilka godzin i Staś urodzi się 6 lutego, w urodziny mojej babci Ireny. A cały personel mówił - Nie, nie, na pewno będzie przed północą. No i my mieliśmy rację ;) Pani anestezjolog była przemiła. najmilsza osoba ze wszystkich.
I tak 6 lutego o 0:35 urodził się Staś. Jeszcze zanim wyjęli go z brzucha już krzyczał ;)) Lekarze mieli ubaw ;)))

Brak komentarzy: